Grupy >> Zaświecia i Zaświaty >> Forum >> Hermes bierze w ramiona Lidię z Tiatyry. Koincydencje prorockie
Autor Wypowiedź

W życiu Lidii był pan Cogito niczym ów przechodzień-przybysz spotykany co rusz w zabytkowym miasteczku. Na rynku, w katedrze, parku, na moście, poczcie, w kafejce, nie opodal miejskiej przychodni.

Istniał, ale ona za nim nie tęskniła. Nawet po jego odejściu, w przepowiedzianym przezeń epilogu burzy, to także i tę nieodwracalną przecież (nie)obecność Poety uznała za najbardziej oczywistą.

Pan Cogito był poetą, czyli posiadał wszelkie związane z teoretycznym poetyzowaniem cechy zewnętrzne. Uwodziciel, niekiedy brat-łata; pijący oraz palący; w miarę przystojny; przeważnie zamyślony w otoczeniu książek albo inszych utensyliów z rodzaju stojącej lampy na pisarskim biurku, dlatego i nastoletnia Lidka też przez jakiś czas chciała być do niego podobna, zwłaszcza że od piątego roku życia sama próbowała pisywać wierszopodobne teksty.

Pana Cogito rozpoznałaby wszędzie; tak samo jak wtedy, gdy pod koniec lutego w drugiej połowie ubiegłego wieku udała się z mamą Natalią na pogrzeb kuzynki.

Pani Natalia po wyjątkowo wnikliwym przestudiowaniu wszystkich dostępnych dlań rozkładów jazdy, chcąc nie chcąc, musiała zaakceptować bezpośrednie połączenie relacji Przemyśl – Kraków - Wrocław. Wszak bez szaleństw: pociągiem osobowym, w przedziale drugiej klasy. Na szczęście obu paniom przysługiwała kolejowa zniżka. Za posiłek musiały wystarczyć anyżowe herbatniki i miętowe dropsy. Pół gorzka herbata chlupotała w kwaterkowym termosie wyłącznie z uwagi na Lidkę, której często zasychało w gardle.

A pociąg jak pociąg: brudny, przesycony słodkawym odorem machorki, rozklekotany oraz nieprzytulny. Współpasażerowie równie odpychający niczym ów środek lokomocji, tylko panie: Natalia oraz Lidia zupełnie inne, niby z odległej planety dawnego świata, o którym to świecie napisze po dziesiątkach lat jeden z najwierniejszych czytelników Lidii:

„Nie pisałem tego wcześniej, ale Lidio, Twoja twórczość zalatuje mi pewną manierą. Może nie arystokratyczną, ale na pewno jakichś patrycjuszowskich środowisk. Emanuje z niej pogarda dla prostactwa, także czerpania przyjemności z płytkich rozrywek, ulegania żądzom i pokusom. Może Ty i jesteś za dobrą zmianą, ale jesteś przede wszystkim ponad nimi. Gdzieś wyżej stoisz niż cała ta dobra zmiana. Ona Ciebie jakby nie dotyczy, ale popierasz ją z tylko dla siebie wiadomych względów. Zdaje mi się, że chodzi Tobie o pewien porządek świata, na którego szczytach się plasujesz. Przecież Ty musisz widzieć tych dobrozmianowych administratorów, bo Ty dużo widzisz. Musisz choć czasami czuć absmak. Ale oficjalnie to, Ty się koncentrujesz na prostytucji, która była, jest i będzie oraz na tym, że ktoś chlapie ozorem dla złośliwości, z cynizmu, dla pieniędzy, z głupoty, itd... I obarczasz tymi ogólnoludzkimi przywarami wyłącznie tych, którzy się nie wpisują w Twój porządek. Obyś się nie pomyliła…”

Lecz Lidia myliła się rzadko, zresztą analogicznie do wywoływanego intuicją „swego” Pana Cogito, którego twarz pojawiła się nagle w otwartym oknie osobowego pociągu relacji Przemyśl - Kraków – Wrocław w chwili, kiedy obie pasażerki zasiedlały wyziębiony i śmierdzący przedział.

Na włosach i rzęsach poety osiadł wilgotny śnieg, ale on tym wcale niezrażony, przekazywał swoim rozmówcom to, co miał im do zakomunikowania. Zaś pani Natalia nie omieszkała się przy tej okazji łzawo usmarkać usłyszawszy tegoż głos:

- Ta jak tyn pan pu lwowsku śliczni mówi – zaciągnęła śpiewnym kresowym akcentem równocześnie pociągając zaczerwienionym od chłodu klasycznie prostym nosem – Lidzia, ta ty słyszysz aniołku?
Oczywiście, że aniołkiem nazywana Lidzia słyszała, ponieważ Lidzia mówiła podobnie, co ją zawsze niezmiernie peszyło.
Teraz jednak pociąg odjechał, poeta został na peronie, jego koledzy wyszli na papierosa. Pani Natalia profilaktycznie chlipała w kątku, Lidia natomiast widziała oczami wyobraźni siebie z nim – Panem Cogito pod rękę - podążającą zabłoconymi krakowskimi ulicami za drugą obwodnicę.

Bowiem Lidia całe życie myślała obrazami, dzięki czemu i wizję perspektywy spędzenia kolejnych kilkunastu godzin: najpierw w dworcowej poczekalni a następnie siedząc na schodach realności, w której mieszkali kuzynostwo (żeby żałobnikom nie sprawiać kłopotów, zdecydowała pani Natalia) wolała zastąpić czymś o ileż piękniejszym, bardziej kreatywnym, romantycznie niedopowiedzianym jak ta jej symboliczna wędrówka z poetą znikąd donikąd aż do miejsca, w którym miała się spełnić ich wspólna miłosna przygoda w bliżej niezlokalizowanym sublokatorskim pokoju.

A śnieg padał i padał; a w przedziale się rozgrzewało do upału; a pociąg ślimaczo turkotał do celu; a Lidia wstrząsana dreszczami co rusz przysypiała; a pani Natalia tradycyjnie zesznurowawszy swoje wąskie usta, bardzo niebiesko spoglądała w zamkniętą przedziałem przestrzeń.

Naturalnie sny jako sny towarzyszyły i Panu Cogito. Bywało, że „wstydliwe”, w których prosił on (wierszem) bliżej nieokreślone „dobre duchy” o to, by te nie odtrącały go, bowiem „zbyt długo błądził on - Pan Cogito po oceanach i gwiazdach, ponad miarę strudzony. No i te „dobre duchy” wysłuchiwały nie tylko Pana Cogito; ponadto te „dobre duchy” uchroniły też i panią Natalię oraz jej córkę Lidię przed tym, co miało je spotkać nim pojawiłyby się na pogrzebie.

Tymczasem tak wtedy jak przez następne lata, to i Pan Poeta Cogito, i Lidia szli mentalnie jednakowym, marszowym krokiem. Zawsze ze sobą oraz obok siebie, ponieważ wszystkie ich fascynacje wraz z dogłębnie pojmowaną estetyką były częstokroć tożsame, o ile nie identyczne. Głównie w wymowie i przesłaniu, gdyż jego światowe podróże z jej lokalnymi peregrynacjami na podmiejskie łąki przynosiły bliźniacze konkluzje, które czytelnicy odbierali jako utwory dla nich specjalnie napisane. Nigdy nie poznali się osobiście; w każdym razie – chyba na zasadzie zjawiska osmozy – „się” przeczuwali oraz „siebie” wyczuwali.

W równe trzy lata po przeprowadzce Pana Cogito do Równoległego Świata, a mianowicie 28 lipca 2001 roku o godzinie piątej nad ranem, podczas przedrannej burzy Lidia śni, że:

Hermes bez psa pod spadającą gwiazdą
rozmaite postaci przybiera -
Ta ze snu
jest kalekim starcem
który ją chwycił w ramiona
by jak złoty trzmiel
penetrować wnętrze róży
ale sflaczał przy najpierwszym podejściu

Została podarta szmizjerka
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
i wiersz zapisany na jawie

Hermes, ulubiony mitologiczny bóg Lidii, do tej pory stara się nakładać na archiwalne podobizny Pana Cogito swą facjatę równie zmienną jak zmienną bywają tafla akwenu lub poruszenia ognia. Albowiem w tych odsłonach ruchliwego jak rtęć bożka jawi się Pan Cogito niby kpiarz i łobuziak, marzyciel, myśliciel, podrywacz, intelektualista, skaut, romantyk, zafrasowany świątek, turysta, terapeuta, aktor, wreszcie wyrobnik słowa. Lecz równocześnie wciąż ten sam Pan Cogito zdarłszy kalejdoskopową maskę boga od spraw nie zawsze legalnych interesów, prezentuje jeszcze inną, zresztą najprawdziwszą twarz srebrnego księżyca, kiedy następuje:

Po burzy. Początek

Kolorem bazaltu obsydianu połyskiem
błyszczy zaświecie Pana Cogito
W nim akurat nic się nie dzieje
co bezwarunkowo dziać się powinno

Tu srebrem Światło korytarz punktuje
i deszczem śpiewają jednostajne cisze
Migocą horyzontem pasiaste witraże
czerwień w nich niebieska którą był podmienił

fiołkowy ametyst
na banię choinkową
otwieraną jak kłódkę
Bożym palcem

Wcześniej wszelako, oczywiście bez wiedzy oraz udziału Lidii, wiódł sobie Pan Cogito wielce pracowite, jakkolwiek niezbyt ustabilizowane, życie. Z kamieniem się identyfikował, najchętniej z piaskowcem, zmieniającym - w zależności od pory dnia i nastroju – swą jasnoszarą barwę. Nie było mu również obce – tęsknotą nazywane – cierpienie, które w momencie, gdy go dopadało, to kazało mu eksplorować w rozdeszczoną jesień liszajowate domiszcza wielkomiejskich peryferii.

Zawsze wyalienowany, często rozważał zachodzące różnice pomiędzy głosami ludzkimi a oddźwiękami natury. Biadając nad przypuszczalną znikomością sennych marzeń analizował dogłębnie estetykę hałasu i niepohamowany rozkwit magii.
Nieobcą też mu była lektura osobliwych listów, podobnie rozważania na temat odkupienia. Bardziej pociągały go jednak myśli o piekle, bo w tym konkretnym przypadku jego wyobrażenie komfortowego inferna stawało się dlań swoistym pokuszeniem świętego Antoniego Pustelnika, ponieważ Belzebub – miłośnik sztuk pięknych – zdaniem Pana Cogito – inaczej odnosi się do artystów niż do pospolitych potępieńców.

Zrezygnowawszy z wszelkiego aprioryzmu, Pan Cogito zaproponował postawę poznawczą. W końcu – wydedukował – przecież zarówno antyczna jak i chrześcijańska idea harmonii zostały oparte na – nie wynikającym z żadnego doświadczenia – systemie. Dodajmy: układzie, w którym sednem porządku pozostanie zawsze piękno. Czyli: Pan Cogito w poszukiwaniu filozoficznych podstaw tego ogólnego ładu w stoickiej harmonii świata, wprowadził do własnego poetyckiego kręgu cały szereg mitologicznych odniesień, mających mu posłużyć przy budowie nowych znaczeń.

Gdyby więc powiedziano Panu Cogito, iż pewna, cokolwiek egzaltowana pani ochrzczona greckim imieniem Lidia, i - analogicznie do niego - pochodząca z tego samego, zrabowanego przez barbarzyńców - zawsze wiernego Rzeczypospolitej - Miasta, zaliczy go do niemałej rzeszy proroków, to na pewno sam Zainteresowany obśmiałby się homerycko.

On, który z uporem maniaka krążył po orbitach empirii. Pan Cogito - poeta; Pan Cogito - z Bożego przyzwolenia i osobistego upodobania – nomada; Pan Cogito – obrazoburczy egzegeta świętych wersetów biblijnych: tak już, od razu, natychmiast, niby kto, jakiś brodaty „prorok”?

Tak, prorok, najprawdziwszy z prawdziwych, bowiem niegustujący w metaforach Pan Cogito identycznie do tych biblijnych „posłanych” uczył gimnastyki wyczynowej gwarantującej zachowanie wyprostowanej pozycji podczas ustawicznego dawania świadectwa niezłomnej wierności:

„Poeci także mają jakieś szczególne uczestnictwo w misji prorockiej” powiedział 5 września 1993 roku Jan Paweł II podczas spotkania z Polakami w Wilnie, w kościele Świętego Ducha.

Sama Lidia postępowała paralelnie, choć za każdym razem inaczej. Jej nostalgia zamknęła się we wspomnieniach najbliższych, którzy przekazawszy jej swą gryzącą tęsknotę, sami z racji wieku oraz nieuchronności przemijania zdążyli przejść na Tamtą Stronę. Dlatego więc i u niej, niczym u Pana Cogito, podobnie stymulujące ją cierpienia.

Tęsknota za miastem, w którym nigdy cieleśnie nie była, nie będzie i w swoim doczesnym życiu – najprawdopodobniej - tego Miasta nie odzyska. Ponadto Lidia, zgodnie z jednakowymi do Pana Cogito, zapatrywaniom również nie ulegała naciskom jakiejkolwiek poprawności.
Czytelnicy nazwali ją „prorokinią”, ponieważ potrafiła otworzyć się na prawdę, przekazując tę prawdę niejako w myśl słów papieża Pawła VI:

„Dziś świat nie słucha nauczycieli, lecz świadków. O ile słucha nauczycieli, to dlatego że są oni świadkami”.

Lidii słuchali; oczywiście nie wszyscy. Mimo to odważna w podejmowaniu decyzji i działaniu, bez większego trudu umiała odnaleźć sobie właściwe sposoby „przemawiania”, „widzenia” oraz „przepowiadania”.

I tak Hermes – Pan Cogito odnalazł po własnym „epilogu burzy” tę, wokół której duchowo orbitował w jej własnym śnie; Lidia z kolei wcale nie potrzebowała go szukać, bo już dawno i bez Pana Cogito świetnie sobie radziła. Wierna bowiem przekazanemu jej przez świętego Pawła Apostoła nauczaniu, pojęła doskonale, że „…smutek, który jest z Boga dokonuje nawrócenia ku zbawieniu (…) Smutek zaś z tego świata sprawia śmierć” (2 Kor 7,10).






a
c













12 listopada 2017, 03:46:49
Musisz być zalogowany, aby móc pisać na forum. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się